|
Kontakt z nami:
lider grupy:
Krystyna tel: 0-606 248 233
bramapana@klasztor.ostroleka.pl
AKTUALNOŚCI :
W czwartek 2 września
Mszą Świętą o godz 19.00
rozpoczynamy kolejny rok naszych spotkań.
|
|
 |
|
Zwymyślany Ojciec Pio
Niewiele brakowało
Już pierwsze oszczerstwo omal nie zrujnowało mu życia. Miał piętnaście lat i marzył, by wstąpić do zakonu. Ktoś przysłał anonim, że pobożny ministrant i kandydat na księdza uprawiał miłość z córką zawiadowcy stacji. Proboszcz nie dopuścił go do ołtarza i zagroził, że nie wystawi opinii koniecznej do przyjęcia do nowicjatu. Dopiero po kilku dniach kłamstwo zostało zdemaskowane, oszczerca ujawniony, a ofiara przywrócona do łask. Niewiele brakowało, a nie byłoby najbardziej znanego świętego dwudziestego wieku.
Każdy, kto zna biografię Ojca Pio, wie, że całe jego życie było nieustannym zmaganiem się z kłamstwem, plotką i pomówieniem. Pogłoski o tym, co dzieje się w San Giovanni Rotondo, rozchodziły się po kraju lotem błyskawicy. A wiadomo, że z plotką jest tak, jak z fałszywymi pieniędzmi: porządni ludzie ich nie produkują, a tylko przekazują dalej. Oczywiście porządnych ludzi w Kościele i zakonie nigdy nie brakowało…
Walka z ciemnotą i oszustwem
Pierwszą falę oszczerstw wobec Stygmatyka zapoczątkowali księża z San Giovanni Rotondo. Proboszcz, kanonik Giuseppe Prencipe i ekonom parafii, kanonik Domenico Palladino, oburzeni rozwojem sytuacji w klasztorze kapucynów, zorganizowali prawdziwy front walki z "ciemnotą i oszustwem". Jak wynika z dokumentów i zeznań świadków zebranych na diecezjalnym etapie procesu beatyfikacyjnego, wiele donosów na Ojca Pio słanych do kurii biskupiej, generała zakonu i Stolicy Apostolskiej było autorstwa tych dwóch księży, a duża część pozostałych również powstała z ich inspiracji. Mieli zresztą mocnego sojusznika w osobie biskupa Gagliardiego, który domagał się od swoich księży zdecydowanej postawy w demaskowaniu zła, jakie z klasztoru w San Giovanni Rotondo rozlewało się po jego diecezji i całych Włoszech. Konflikt narastał. I o ile na początku można jeszcze było doszukiwać się jego przyczyn we wzajemnym niezrozumieniu czy nadgorliwości w pełnieniu urzędu, o tyle z czasem zatarg przybrał charakter ewidentnej walki o wpływy - o to, kto ma wpływać na religijność wiernych, i o to, do kogo mają wpływać ofiarowane przez wiernych sumy…
W każdej plotce jest ziarno prawdy - mówi przysłowie. Plotki o Ojcu Pio, nawet te w najbrzydszy sposób szkalujące jego dobre imię też opierały się na faktach. Ksiądz Palladino w zeznaniu złożonym w 1921 roku przed biskupem Rossim, wysłannikiem Świętego Oficjum, opisał dwa wydarzenia, które w tym czasie miały miejsce w San Giovanni Rotondo. Ktoś doniósł mu, że Ojciec Pio, wówczas trzydziestoletni zakonnik od niedawna mieszkający w tamtejszym klasztorze, przebywał w rozmównicy sam na sam z młodą nauczycielką szkoły podstawowej.
Z kolei ktoś inny opowiadał, że w czasie epidemii grypy "hiszpanki" pobożne kobiety przychodziły do klasztoru pod pretekstem opieki nad złożonym gorączką Ojcem Pio i dotykały jego stygmatów.
Tyle faktów, zeznanych pod przysięgą. I tyle ziarna prawdy. Wspomniane wydarzenia stały się bowiem dla księdza Palladina materiałem niezwykle inspirującym, skoro w kazaniach do wiernych mówił już o "burdelu zrobionym przez kapucynów w kościele", a samego Ojca Pio nazywał syfilitykiem, strasząc wszystkich, którzy całowali go w rękę, zarażeniem chorobą weneryczną.
Na własne oczy widział
Jakże niewinna wobec tych słów wydaje się plotka rozpuszczana przez biskupa Gagliardiego, który sam i bez uprzedzenia wszedł do celi Ojca Pio i "na własne oczy widział", jak zakonnik pudrował się i perfumował. Biskup, owszem, klasztor wizytował i z Ojcem Pio, podobnie jak i z innymi zakonnikami, się spotkał. Jednak w to, że sam jak palec wędrował po klasztornych korytarzach i zaglądał do pokoi, nie uwierzy nikt, kto choć raz był świadkiem biskupiej wizytacji. A jednak plotka znalazła wielu zwolenników, zwłaszcza wśród tych, którzy potrzebowali zwykłego wytłumaczenia niezwykłego zapachu wydobywającego się ze stygmatów Ojca Pio.
Pełną listę mniej lub bardziej wyssanych z palca zarzutów pod adresem Ojca Pio zebrał w 1925 roku w niewielkiej książeczce inny ksiądz z San Giovanni Rotondo, Giuseppe Miscio. Opisał nie tylko niemoralne życie Stygmatyka, ale i ogromne bogactwa, jakich kapucyni dorobili się na handlu "relikwiami" i "cudami". O samym Ojcu Pio napisał, że był człowiekiem chorym i nierozgarniętym, manipulowanym przez pazernych współbraci, a w dodatku pyszałkiem wynoszącym się ponad innych księży i otoczonym wianuszkiem fanatycznych wielbicielek.
Ulubiony zarzut wrogów
Tym razem w obronie zakonników stanął szczególny czciciel Ojca Pio - mistrz szantażu i intrygi, Emanuel Brunatto, który nawrócił się już na dobrą drogę, ale starego fachu nie zapomniał. W walce z nim ksiądz Miscio nie miał żadnych szans - skazany w procesie sądowym, musiał odwołać wszystkie zarzuty, przyznając, że "opierał się na informacjach niesprawdzonych i kłamliwych". Dodajmy, że również ks. Palladino przyznał - już po śmierci Ojca Pio - że nieprawdziwe informacje o zakonniku rozpowiadał na polecenie swego przełożonego, biskupa Gagliardiego. A gdy opuszczony przez wszystkich spędzał ostatnie dni życia w Domu Ulgi w Cierpieniu - szpitalu wybudowanym przez Stygmatyka - wyznał ojcu Albertowi d'Apolito, swemu wychowankowi: "Teraz uznaję mój grzech i krzywdę, jaką wyrządziłem Ojcu Pio. Ufam w Boże miłosierdzie, codziennie błagam o przebaczenie Jezusa i Ojca Pio. Codziennie proszę go o wstawiennictwo za mną".
Ulubiony zarzut
Oszczerstwo, które pierwsze stanęło na drodze Francesca Forgione do zakonu, stało się najbardziej ulubionym zarzutem jego wrogów. W drugiej połowie lat trzydziestych, wkrótce po tym, jak zdjęto z Ojca Pio kary kościelne i ponownie zezwolono mu na spowiadanie kobiet, do przełożonych prowincji w Foggii oraz do kurii generalnej w Rzymie zaczęły napływać anonimowe listy oskarżające zakonnika o nocne spotkania z kobietą. Śledztwo przeprowadzone przez przełożonych nie wykazało żadnych uchybień ze strony "podejrzanego", doprowadziło natomiast do zdemaskowania autorki anonimów - była nią Elvira Serritelli, jedna z córek duchowych Ojca Pio, do niedawna ciesząca się jego szczególną sympatią, zazdrosna o to, że zakonnik nie poświęca jej już tyle uwagi. I choć zarzuty okazały się fałszywe, plotka poszła w świat, a do jej rozpowszechnienia przyczyniło się dwóch zakonników, mieszkających w tym samym klasztorze, którzy uwierzyli szalonej kobiecie i byli święcie przekonani o prawdziwości jej oskarżeń. Jeden z nich, ojciec Leone, sam będąc na bakier ze ślubem czystości, najwyraźniej osądzał wszystkich według siebie. Drugi, brat Angelantonio, kucharz, znany nerwus i awanturnik, który łatwo rzucał kalumnie na innych, do końca swego życia oskarżył o niemoralne prowadzenie jeszcze wielu Bogu ducha winnych zakonników.
Dotrzeć do ziarna prawdy
Najbardziej szokujące w całej historii jest to, że plotka o rozpustnym życiu Ojca Pio miała się dobrze nawet pod koniec życia zakonnika, przecierając sobie drogę wśród setek czy wręcz tysięcy świadectw o jego czystości i świętości. Odżyła ze zdwojoną siłą w czasie wizytacji apostolskiej latem 1960 roku, mimo że jej ofiarą był już siedemdziesięciotrzyletni słaby, schorowany zakonnik. Wiele uwagi poświęcił jej papieski wizytator, prałat Carlo Maccari, późniejszy biskup i nieprzejednany przeciwnik beatyfikacji Stygmatyka. Nie uwierzył co prawda zeznaniom pani Serritelli, uznając je - po wysłuchaniu wszelkich barwnych szczegółów - za zbyt nieprawdopodobne, ale postanowił dotrzeć do ziarna prawdy ukrytego w plotkach, które z dużym poświęceniem zbierał sam lub przy pomocy swojego sekretarza. Jak zwykle nie zawiódł się na współbraciach Stygmatyka, którzy podzielili się z nim informacjami, że Ojciec Pio po spotkaniach z "umiłowanymi kobietami" ma "zaróżowione policzki", często spogląda w ich stronę od ołtarza i "z przyjemnością" pozwala się im dotykać i głaskać, gdy wracając z konfesjonału, przeciska się przez zatłoczony kościół.
W tym samym mniej więcej czasie kręgi kościelne obiegła wiadomość o nagranych potajemnie odgłosach intymnego spotkania Ojca Pio z córką duchową Cleonice Morcaldi. W tym wypadku pomysłodawcą przedsięwzięcia okazał się proboszcz z jednej podrzymskich parafii, ks. Umberto Terenzi, zatroskany o zbawienie duszy Ojca Pio. Otrzymawszy z kurii generalnej kapucynów zgodę na założenie podsłuchów Stygmatykowi, w maju 1960 roku przy pomocy kilku zakonników z klasztoru zainstalował mikrofony w miejscach, gdzie Ojciec Pio mógł przebywać bez świadków: w celi klasztornej, rozmównicy i - być może - także w konfesjonale. Jakość nagrań była słaba. Kasety - jako corpus delicti - ks. Terenzi przesłał do Stolicy Apostolskiej. Kardynałowie Świętego Oficjum, którzy ich słuchali, podzielili się na dwa obozy. Jedni zapewniali, że poza paroma słowami nic nie można zrozumieć, inni usłyszeli to, co prawdopodobnie bardzo usłyszeć chcieli - odgłosy pocałunków. Jeden z obecnych przekonywał prefekta kongregacji, kardynała Ottavianiego, że nagrane trzaski to wręcz odgłosy "intymnego pożycia z kobietą". "No cóż - miał odpowiedzieć Ottaviani - najwyraźniej jest ojciec w tej materii większym niż ja specjalistą". Wydarzenia te można by sprowadzić do poziomu zabawnej anegdoty, gdyby nie bolesne konsekwencje, jakie ze sobą przyniosły - naruszenie dobrego imienia Ojca Pio, co później stało się jedną z przyczyn zablokowania procesu beatyfikacyjnego, oraz kolejne zakazy i ograniczenia nałożone na zakonnika przez władze kościelne.
Jan XXIII, który sam nagrań nie słuchał, zapisał w dzienniku pod datą 25 czerwca 1960 roku: "Wydarzenie ujawnione za pomocą taśmy - jeśli prawdą jest, co opowiadają, o jego [Ojca Pio] intymnych i niewłaściwych relacjach z kobietami, które tworzą gwardię przyboczną niedopuszczającą nikogo do jego osoby - każą myśleć o przeogromnej katastrofie dla dusz, przygotowanej w diabelski sposób, aby skompromitować Kościół Święty w świecie, a zwłaszcza tu, we Włoszech".
Niewinne przeinaczenie
"Nowego kłamstwa słucha się chętniej aniżeli starej prawdy" - mówił jeden z bohaterów "Sztuki bez tytułu" Antona Czechowa. Warto o tym pamiętać, przyglądając się drugiemu obliczu plotki w historii Ojca Pio. Nie jest ono tak wrogie jak poprzednie i wydaje się nikomu nie wyrządzać krzywdy. Kłamstwo, które się za nim kryje, nie ma zamiaru nikogo oszukiwać ani niczego zatajać. To niewinne kłamstewka, drobne przeinaczenia lub nadinterpretacje faktów. Ludzie pozwalają sobie na nie, aby zabłysnąć, urozmaicić sobie życie, dodać mu barwy i fantazji, osiągnąć jakiś cel - polityczny, marketingowy, wychowawczy.
Autorami dużej grupy plotek o Ojcu Pio często bywali jego czciciele - przekonani, że szerzenie dobrych, choć nie zawsze prawdziwych informacji, przyczyni się do szerzenia kultu świętego zakonnika. Poza tym pochwalenie się wiedzą, której nie mieli inni, wzmacniało pozycję osoby plotkującej w jej środowisku, czyniło ją kimś ważniejszym, lepiej zorientowanym, co nie było bez znaczenia w procesie tworzenia i rozpowszechniania plotek.
Stygmaty wyobraźni
Ojciec Pio był postacią znaną i popularną. Przez pięćdziesiąt lat, gdy nosił na ciele stygmaty, zdążyli usłyszeć o nim wszyscy w jego ojczyźnie, a wielu także za granicą. Na trwałe wpisał się w historię dwudziestowiecznych Włoch i całego katolicyzmu. Poruszał wyobraźnię mas, był tematem dyskusji, sporów i plotkarskich stron popołudniówek. A jednocześnie z powodu niezwykłych wydarzeń ukrytych w jego sercu i ukrywanych przez kościelne instytucje pozostawał osobą tajemniczą. Trudno wyobrazić sobie lepszy materiał do tworzenia plotek, legend i mitów.
Pierwsze pogłoski pojawiły się już jesienią 1918 roku. O stygmatach mówili wszyscy, ale mało kto je widział. Zaczęto spekulować na temat ich wyglądu, mówiono, że poza ranami na rękach, stopach i piersi zakonnik ma jeszcze ślady Męki Pańskiej na głowie (po koronie cierniowej), i że umrze jak Chrystus, w wieku 33 lat, czyli wkrótce.
W czasie wizytacji apostolskiej w 1921 roku Ojciec Pio zdecydowanie zaprzeczył tym pogłoskom, mówiąc wprost: "Och, na miłość boską! Opowiadają, co chcą". I dodał, że o wielu rzeczach na swój temat on sam dowiaduje się jako ostatni.
Prowadzący wizytację biskup Raffaello Rossi był jednym z nielicznych przedstawicieli Watykanu - o ile nie jedynym - który próbował bezstronnie zbadać krążące w miasteczku pogłoski na temat cudów zdziałanych przez Ojca Pio. Raport z jego wizytacji liczy sto czterdzieści jeden stron, jest owocem dwudziestu czterech przesłuchań jedenastu świadków, w tym sześciu przesłuchań Ojca Pio. Wizytator pisze w nim: "Z łask wyproszonych przez jego modlitwy, o czym się mówi, wiele w ogóle nie miało miejsca", a w innym miejscu wzdycha: "Och, gdyby nie zostało powiedziane tak wiele! A tak niewiele zgodnie z prawdą! Wyimaginowane fakty, słowa niesłusznie przypisane Ojcu Pio".
Efekt znają oni
Jako jeden z wielu przypadków sugestii tłumu opisuje rzekomy cud uzdrowienia niemej dziewczynki przyniesionej do Ojca Pio: "Tłumom wydawało się, że dziecko coś powiedziało. Cud! Powtarzają się sceny jak nad Jordanem. Prałat wchodzi w tłum, woła matkę dziewczynki i wraz z lekarzami i krewnymi zamykają się na poczcie. - Mów maleńka! Mała nie mówi. - Przecież mówiła! - wołają chórem rodzice i krewni. - To wzruszenie nie pozwala jej mówić!". W podobny sposób ogłoszono uzdrowienie miejscowego kaleki - żądny znaku tłum domagał się od chorego odrzucenia kul i samodzielnego chodzenia, egzaltacja udzieliła się wszystkim, "uzdrowiony" zrobił samodzielnie kilka kroków, wszyscy krzyczeli o dokonanym cudzie. Nieważne, że po chwili trzeba było biedaka podtrzymywać, by się nie przewrócił. Przyjezdni wyjechali pełni wzruszenia i chętnie rozpowiadali o znaku, który dokonał się na ich oczach. A czyż można nie wierzyć naocznym świadkom?
Biskup Rossi stwierdził kilka takich przypadków. Sam Ojciec Pio, pytany o te rzekome uzdrowienia, przyznał, że modlił się za wszystkich, którzy go o to prosili - i nigdy nie interesowało go, co wydarzyło się dalej: "Modliłem się, tak. Efekt znają oni. Ja nie wiem".
Jednak dla prostych ludzi właśnie cud, a nie dekret o heroiczności cnót był prawdziwym dowodem świętości. Potrzebowali go tak bardzo, że musieli go znaleźć za wszelką cenę. Nic dziwnego, że plotka o kolejnych cudach była tak nośna, że zataczała coraz szersze kręgi. A im bardziej władze kościelne zapewniały, że wydarzenia w San Giovanni Rotondo nie miały charakteru nadprzyrodzonego, tym więcej pojawiało się pogłosek o nowych, nadzwyczajnych zjawiskach.
Dobre imię na ostrzu satyry
Mogłoby się wydawać, że jedynym celem tych plotek było propagowanie - mniej lub bardziej udane - świętości zakonnika. I że w przeciwieństwie do innych plotek, te akurat nikomu nie szkodziły. Trzeba jednak zauważyć, że rozpowszechnianie takich pogłosek było manifestacją rodzącego się kultu, uznanego przez władze kościelne za fałszywy oraz szkodliwy i potępionego jak każdy przejaw fanatyzmu czy religijnej histerii. A zatem rozpowiadanie o cudach odbierane było jako atak na te władze, demonstracja niezależności od nich, świadectwo opowiedzenia się po jednej stronie, a przeciwko drugiej. Z tego powodu Święte Oficjum zakazywało czytania książek o Ojcu Pio, a wielu biskupów zabraniało wiernym ze swych diecezji pielgrzymowania do San Giovanni Rotondo.
Z drugiej strony nagłaśnianie tych wszystkich wątpliwych uzdrowień i cudów wystawiało na szwank dobre imię Ojca Pio i ośmieszało religię - o czym też należy pamiętać, mimo że nie był to na pewno zamierzony efekt plotkarskiej działalności czcicieli świętego. Bezkrytyczne publikacje na temat coraz cudowniejszych wydarzeń w kapucyńskim klasztorze od razu spotykały się z odpowiedzią prasy laickiej i satyrycznej. W latach trzydziestych przedrzeźnianiem sensacyjnych doniesień z San Giovanni Rotondo zajmowało się czasopismo "Italia laica", które piórem Alberta del Fante opisywało Ojca Pio i jego działalność: "Pachnie różami, świdruje oczami, przywraca wzrok ślepym, włosy łysym, a dziwkom cnotę". Podobnie szydercze reakcje na zachwianie granicy między kultem Ojca Pio a "piomanią" zdarzają się i dziś, bo tylko tak można zrozumieć na przykład satyryczne teksty Federica Serdellego, publikowane w piśmie "Vernacoliere" (odpowiednik naszych dawnych "Szpilek"), a w 2002 roku zebrane w książce pt. "Ojcopiowe cuda": "Cud nr 31 (albo 51). Była sobie siostra, co złamała nogę, i to był znowu cud ojcopiowy, bo gdyby nie onże, mogłaby złamać obydwie. Amen".
Ostrze satyry jest bezlitosne i żywo reaguje na każdą przesadę. Warto o tym pamiętać, gdy wiedzeni szlachetnymi intencjami weźmiemy się za poprawianie prawdy, zwykle tak nieatrakcyjnej, szarej i mało porywającej… Plotka, zwłaszcza ta zaangażowana w świętą sprawę, ma nogi nie tylko krótkie, ale i wyjątkowo brzydkie.
Edward Augustyn
|
Królowa Polski
Śluby lwowskie Jana Kazimierza rozpowszechniły tytułowanie Maryi Królową Polski. Kult ten znany był jednak wcześniej, od objawień o. Mancinellego. Mija właśnie 400 lat od chwili, kiedy Matka Boża po raz pierwszy ogłosiła na polskiej ziemi, przy grobie św. Stanisława - 8 maja 1610 r. - że jest Królową naszego kraju i narodu.
Stanisław Krzemiński
W Neapolu na przełomie XVI i XVII w. żył o. Giulio Mancinelli, jezuita. Odznaczał się on niezwykłą świętością życia, wielką czcią do Najświętszego Sakramentu i Matki Bożej, troską o dusze w czyśćcu cierpiące oraz nabożeństwem do świętych naszych rodaków - Stanisława Kostki i biskupa Stanisława. W swoich modlitwach usilnie prosił Niepokalaną, by mu objawiła, jaki jeszcze tytuł chciałaby mieć w Litanii loretańskiej.
Matka Boża i o. Mancinelli
14 sierpnia 1608 r. o. Mancinelli po wieczornych modlitwach powrócił do swojej celi i zatopił się w medytacji Litanii loretańskiej. Przypomniał sobie również, że w dniu tym przypada 40. rocznica śmierci jego współbrata z nowicjatu - św. Stanisława Kostki. Gdy zegar na wieży kościelnej przy klasztorze Gesě Nuovo, należącym do Towarzystwa Jezusowego, wybił godzinę 21.00, o. Giulio wyjrzał przez okno w kierunku morza i… zobaczył zbliżającą się w wielkim majestacie postać Matki Bożej z Dzieciątkiem. U Jej stóp klęczał piękny młodzieniec w aureoli i jezuickim habicie - Stanisław Kostka. Na ten widok o. Mancinelli zawołał: "Królowo Wniebowzięta, módl się za nami", na co Matka Boża odpowiedziała: "Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie". Po tych słowach o. Giulio zakrzyknął: "Królowo Polski Wniebowzięta, módl się za Polskę!". Wówczas Maryja miłosiernie spojrzała na klęczącego przed Nią Stanisława Kostkę, potem na o. Mancinellego i powiedziała: "Jemu tę łaskę dzisiejszą zawdzięczasz, mój Giulio". Radość niezwykła napełniła serce zakonnika po tym widzeniu. Od tej chwili modlił się: "Królowo Polski, módl się za nami" i wielokrotnie powtarzał: "Matka Boża wielkie rzeczy dla Polaków zamierza".
Wybrany naród
O swoim widzeniu o. Mancinelli powiadomił władze zakonne. Pytał też współbraci, gdzie jest to królestwo, którego Matka Boża zechciała być Królową. Władze kościelne powołały komisję do zbadania objawienia. Po roku wydała ona orzeczenie - objawienie jest prawdziwe. Wówczas o. Giulio - mimo swoich 72 lat - rozpoczął pieszą pielgrzymkę do kraju, o którym mówiła Maryja. 8 maja 1610 r. przybył do Krakowa, witany przez króla Zygmunta III Wazę, biskupów i przedstawicieli wszystkich stanów. W ich asyście przekroczył próg Katedry Wawelskiej, by tam odprawić Mszę świętą.
Podczas Eucharystii, sprawowanej przy grobie św. Stanisława Biskupa, zakonnik miał kolejne objawienie. Maryja stanęła przed nim w wielkim majestacie i ponownie powiedziała: "Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką tego narodu, który jest Mi bardzo drogi, wstawiaj się więc do Mnie za nim, o pomyślność tej ziemi błagaj nieustannie, a Ja ci będę zawsze, tak jak teraz, miłosierną".
Poprosiła również, aby w Krakowie, na znak, że jest Królową, ustanowić widzialny symbol Jej królowania. W 1628 r. - w dziesiątą rocznicę śmierci o. Mancinellego, Polacy spełnili tę prośbę, montując na wieży Bazyliki Mariackiej królewską koronę. W 1666 r. - w dziesiątą rocznicę ślubów Jana Kazimierza - założono nową, okazalszą. Z Krakowa o. Giulio Mancinelli udał się jeszcze do Lwowa, by potem powrócić do Neapolu, gdzie zmarł 14 sierpnia 1618 r. Rok wcześniej ponownie objawiła mu się Matka Boża, zapowiadając, że zabierze go do siebie.
Śluby lwowskie
Powszechnie w Polsce uważa się, że śluby lwowskie Jana Kazimierza zapoczątkowały tytułowanie Matki Bożej Królową Polski. Kult ten znany był jednak wcześniej, właśnie od objawień o. Mancinellego, a rozszerzył się bardzo po 1656 r. Jesienią 1655 r., gdy cała Polska zajęta była przez Szwedów, broniła się tylko Jasna Góra. Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w klasztorze już nie było.
Był z królem Janem Kazimierzem i garstką rycerstwa w Prudniku na Śląsku Opolskim (tam, gdzie 300 lat później był więziony Prymas S. Wyszyński).
Król napisał stamtąd list do Ojca Świętego z błaganiem o pomoc. Wtedy jednak papiestwo również przeżywało trudne czasy i papież z żadną pomocą nie mógł pośpieszyć. Znając zaś objawienia o. Mancinellego, odpisał Janowi Kazimierzowi: "Dlaczego zwracasz się o pomoc do mnie, a nie zwracasz się do Tej, która sama chciała być Waszą Królową?". Po tym liście król zrozumiał, że jedyną osobą, która może mu pomóc, jest Maryja, Królowa Polski. Podjął więc wewnętrzne postanowienie, że gdy tylko jakikolwiek skrawek Polski będzie wolny, on tam przybędzie i dokona ślubów z ogłoszeniem publicznym, że Matka Boża jest Królową Polski. Wkrótce też Opatrzność Boża dała królowi okazję spełnienia przyrzeczenia: w marcu 1656 r. Szwedzi właściwie bez powodu wycofali się ze Lwowa.
Król Jan Kazimierz bezzwłocznie udał się do tego miasta w towarzystwie dwóch chorągwi husarskich i w Katedrze Lwowskiej, przed obrazem Matki Bożej Łaskawej, 1 kwietnia 1656 r. złożył obiecane śluby i koronował wizerunek Matki Bożej, ogłaszając Ją Królową Polski. Od tej chwili losy wojny się odwróciły - Szwedzi zaczęli ponosić klęski.
W koronie na głowie i z berłem w dłoni
Resztę znamy, chociaż może nie o wszystkim pamiętamy lub nie wszystkie fakty kojarzymy, bo przecież 227 lat później w małej warmińskiej wsi - Gietrzwałdzie, dwóm dziewczynkom, które zdały egzamin dopuszczający je do Pierwszej Komunii świętej, objawiła się Matka Boża, i to aż 160 razy. Siedziała na tronie, w koronie na głowie i z berłem w dłoni. Powiedziała, że jest Królową Polski.
Nie znam żadnego innego narodu lub państwa, któremu Matka Boża objawiłaby się jako Królowa, mimo że są takie państwa i narody, które same wybrały ją na Królową, np. Portugalia. Z tymi objawieniami wiąże się jeszcze jedno znaczące wydarzenie. Otóż Prusy w drugiej połowie XIX w. postanowiły przeznaczyć duże środki na walkę z Kościołem katolickim i germanizację polskich ziem, które dostały się im po rozbiorach. Jednak dzięki objawieniom w Gietrzwałdzie przedsięwzięcia te zakończyły się fiaskiem.
Przyznał to nawet sam minister policji, który - zapewne celem usprawiedliwienia się - skierował do Żelaznego Kanclerza sprawozdanie ze stwierdzeniem, że niepowodzenie kulturkampfu było wynikiem objawień w Gietrzwałdzie, gdzie Matka Boża mówiła po polsku, co pobudziło bardzo żywioł polski. Na sprawozdaniu tym Otto von Bismarck odnotował: "Widzimy, że te objawienia są zjawiskiem nadprzyrodzonym, z którym walczyć nie możemy, jedynie co możemy, to wszystko przemilczeć". To milczenie objęło oba objawienia. W obu bowiem Matka Boża przedstawiła się jako Królowa Polski. Do tej pory są one bardzo słabo znane przez Polaków. Zmowa milczenia to jakby realizacja zalecenia Bismarcka…
Pamiętajmy o tym!
My jednak pamiętajmy oraz uwielbiajmy naszą Wniebowziętą Królową Polski. Zwracajmy się do Niej tym tytułem jak najczęściej. Uczcijmy też należycie 400-lecie objawień Matki Bożej, która przy grobie św. Stanisława pierwszy raz na ziemi polskiej ogłosiła, że jest Królową Polski. Pamiętajmy o tym!
Jest jeszcze jeden aspekt tych objawień, i nie tylko tych. Objawienia w Neapolu, Gietrzwałdzie, objawienia pilotowi Władysławowi Polesińskiemu - prekursorowi Apelu Jasnogórskiego, a także 12-letniej Władzi Papis (pierwsze - 3 maja 1943 r. na Siekierkach) rozpoczynały się o godz. 21.00. W związku z tym należy rozumieć, że z woli Matki Bożej jest to wyjątkowa godzina dla Polaków, w której powinniśmy się wszyscy modlić. Łączmy się więc codziennie o tej porze duchowo z Jasną Górą i Gietrzwałdem, z modlitwą apelową w sercu i na ustach.
Siostry Loretanki
Święty Antoni z Padwy
Ucz się kochać, Jezusa, a wówczas
dowiesz się, gdzie jest mądrość.
św. Antoni z Padwy
Popularny święty
W Sanktuarium św. Jana w Dukli, obok kultu Patrona Lwowa i Archidiecezji przemyskiej, jak w każdym kościele franciszkańskim, istnieje kult św. Antoniego. Mieszkańcy Dukli i okolicznych parafii gromadzą się na nabożeństwach ku Jego czci, przedstawiając pisemnie Świętemu swoje prośby i podziękowania. Przyjrzyjmy się bliżej temu, chyba najbardziej popularnemu na całym świecie Świętemu.
Rodzina
Antoni urodził się w 1195 r. w Lizbonie. Niektórzy Jego biografowie twierdzą, że urodził się przed tym rokiem. Na chrzcie nadano mu imię Ferdynand. Rodzice jego pochodzili z wybitnego oraz bogatego stanu społecznego. Ich pragnieniem było wykształcenie syna na sędziego. Jednak Ferdynand nie podzielał ich zapału do robienia światowej kariery. Od najmłodszych lat lubił się modlić. Pewna malownicza legenda podaje, że podczas modlitwy w katedrze lizbońskiej, wypędził demona, kreśląc znak krzyża na podłodze.
Kanonik
W wieku 15 lat, po długich modlitwach oraz wbrew woli rodziców opuścił swój rodzinny dom i wstąpił do opactwa św. Wincentego w Lizbonie, które należało do kanoników regularnych św. Augustyna. Klasztorowi temu zawdzięczał on swoją formację intelektualną. Jednak rodzina i przyjaciele nachodzili go często w opactwie, usiłując zmienić jego decyzję, a tym samym zakłócając spokój jego duszy i odciągając go od nauki. Dlatego też w porozumieniu z przełożonym, wyjechał do Coimbry, która w owym czasie była stolicą Królestwa Portugalii i ośrodkiem studiów teologicznych. Tam poświęcił się pogłębianiu wiedzy z zakresu teologii, a zwłaszcza studium Pisma św. W Coimbrze został wyświęcony na kapłana. Prawdopodobnie ze względu na osobiste walory umysłowe i moralne oraz potrzeby klasztoru św. Krzyża został on przedstawiony wcześniej do kapłaństwa, niż to wymagało prawo kanoniczne (po ukończeniu 25), czyli ok. 1216 r.
Zauroczony
W lutym 1220 r. rozeszła się wieść w Coimbrze, że w Maroku poddano torturom i zabito pięciu braci misjonarzy franciszkańskich. Ich szczątki zostały zebrane przez wiernych i przywiezione do Portugalii, do kościoła św. Krzyża w Coimbrze, należącego do opactwa, w którym przebywał Ferdynand. Pewnego dnia kilku franciszkanów zapukało do bramy opactwa z prośbą o jałmużnę. Ferdynand, korzystając z okazji, wyjawił im swoją decyzję, że chce opuścić dotychczasowych współbraci i wyruszyć z franciszkanami na misję do Maroka, aby przelać krew za Chrystusa. Z trudem otrzymał zgodę zwierzchników.
Wstąpił do klasztoru św. Antoniego Pustelnika w Coimbrze, gdzie przybrał imię patrona: Antoni. Już w jesieni 1220 roku wypłynął z bratem Filipem do Afryki. Misja w Maroku stała się dość szybko rozczarowaniem. Po przybyciu nabawił się bowiem bardzo szybko ciężkiej choroby i był zmuszony leżeć w ciemnej celi, przeżywając liczne ataki malarycznej gorączki. Był to koniec jego snu o apostolstwie i śmierci męczeńskiej. Jedyną słuszną drogę podpowiadała mu wiara, a mianowicie: poddanie się woli Bożej. Zrozumiał, że w Afryce doznał męczeństwa, nie ginąc wprawdzie z rąk pogan, ale poświęcając samego siebie i rezygnując ze swoich szlachetnych planów.
Wiosną 1221 r. pożegnał się z Afryką i chciał powrócić z bratem Filipem do Portugalii. Statek jednak, na którym się znajdowali, został zepchnięty przez straszliwą burzę ku odległym brzegom Sycylii. Na obcym lądzie znalazł gościnność w Messynie - klasztorze braci mniejszych, gdzie otrzymał pomoc i leczenie. Przez dwa miesiące powracał do sił i zdrowia. Wraz z kilkoma braćmi udał się do Asyżu, gdzie na kapitule generalnej podczas Zielonych Świąt w 1221 r. poznał św. Franciszka. Świętość życia Biedaczyny z Asyżu dokonała głębokiego przełomu w duszy nieznanego ucznia. Stąd prowincjał braci mniejszych Gracjan w Romanii skierował go do pustelni Monte Paolo, w pobliżu miasta Forli, gdzie prowadził zamknięty tryb życia. Tam pozostaje ok. 15 miesięcy.
Ewangelizator
Z kilkoma braćmi udał się Antoni z Monte Paolo do Forli na uroczystość święceń kapłańskich, na których przypadkiem zabrakło kaznodziei, który miał wygłosić kazanie na tę okoliczność. Zwrócono się wówczas z prośbą do niego, aby coś z tej okazji powiedział. Przez to wydarzenie odkryty został jego prawdziwy talent i wręcz niesamowity temperament głoszenia słowa Bożego. Dlatego też w 1222 r. powierzono mu funkcję kaznodziei. Został wysłany na ulice Włoch i Francji, aby głosić Dobrą Nowinę. Antoni dawał z siebie wszystko, aby nawracać mieszkańców owych krain. W biografii Świętego istnieje kazanie (pełne fantazji i poezji) do ryb. Najprawdopodobniej wydarzyło się to w Rimini, w mieście opanowanym przez heretyków. Wiemy bowiem o tym, że Antoni głosił kazania w Rimini i Mediolanie w latach 1222-1224. Prawdopodobnie w następnym roku przemawiał we Francji Montpellier, Arles, Tuluzie, Bourges - dla przeciwdziałania albigensom. Nadto głosił słowo Boże w północnych Włoszech w latach 1227-1230, gdzie też organizował akcje charytatywne, zwłaszcza w Padwie.
Św. Antoni zdobywał dusze ludzkie przede wszystkim modlitwą, dobrym przykładem życia i cierpliwymi dyskusjami.
Wykładowca
Jego rola nie ograniczała się tylko do głoszenia kazań. Św. Franciszek mianował go doktorem teologii w Bolonii, gdzie powstało pierwsze zakonne studium generalne. Przy końcu roku 1223, albo na początku następnego, otrzymał kartkę od św. Franciszka, który zezwala mu na naukę świętej teologii w zakonie. Ponadto Antoni wykładał także teologię w Montpellier, Tuluzie i Padwie. Do swego zakonu wprowadził on system teologiczny św. Augustyna. W wolnym czasie pisał książki, których głęboka mądrość spowodowała, że zasłużył sobie w pełni na tytuł "Doktora Kościoła". Głoszenie słowa Bożego, spowiadanie i nauczanie zajmowały go do tego stopnia, że często kończył dzień, zapominając zupełnie o jedzeniu. Wiemy, że odżywiał się w pośpiechu i niedostatecznie, niewiele czasu poświęcał na odpoczynek, a jego zdrowie było poważnie nadwyrężone od czasu pobytu w Maroku. To wszystko musiało się niekorzystnie odbić na jego organizmie. Dodajmy do tego, że pełnił w zakonie obowiązki gwardiana w Le Puy-en-Velay, kusztosza minorytów w okręgu Limoges i kierując nimi w trudnym dziele ewangelizacji, opieki duszpasterskiej i odpierania herezji.
Odchodzący
Św. Antoni czuł, że zbliża się nieunikniona chwila pożegnania ze światem, gdyż jego organizm był wyczerpany nadludzką pracą i chorobą. Pragnął oczyścić się z plam ludzkich ułomności poprzez modlitwę i cierpienie. Udał się zatem do Camposampiero, oddalonego o dwadzieścia km od Padwy, gdzie hrabia Tiso założył klasztor dla braci mniejszych. Należy dodać, że hrabia, zmęczony wiekiem i niepowodzeniami kariery politycznej, stał się z czasem uczniem Świętego. Podczas spaceru Antoni spostrzegł wielki i rozłożysty orzech. Zapragnął skonstruować pomiędzy jego gałęziami samotną celkę, co własnoręcznie zrobił hrabia. W tym pomieszczeniu Antoni oddawał się modlitwie i kontemplacji, powracając na noc do klasztoru.
Godzina spotkania z Bogiem Ojcem przyszła w piątek 13 czerwca 1231 r., kiedy to w porze obiadowej zszedł z orzecha i usiadł do stołu. W tym miejscu dostał silnego ataku i zasłabł. Kiedy przyszedł do siebie, poprosił słabym głosem, aby go zawieziono do Padwy, do klasztoru Świętej Maryi. Wówczas hrabia Tiso dał swój najwygodniejszy wóz, na którym ułożono Świętego. Pod opieką brata Łukasza wyruszyli powoli do Padwy. Dzień zbliżał się ku końcowi, a siły Antoniego były już na wyczerpaniu. Dlatego bracia przekonali go, ażeby zatrzymać się u franciszkanów przy klasztorze sióstr klarysek w Arcelli. Tam w małej celi, klasztornej spędził Święty ostatnie chwile życia. Był całkiem przytomny. Po krótkim odpoczynku poprosił o spowiedź, a następnie swój ulubiony hymn ku czci Matki Bożej: "O chwalebna Pani, wyniesiona ponad gwiaździste niebiosa!". Kiedy bracia usłyszeli jego słowa: "Widzę Pana mojego!", to zrozumieli, że zbliża się już koniec. Udzielono mu namaszczenia chorych, po którym wszyscy odmawiali Psalmy pokutne. Po upływie pół godziny od namaszczenia, Święty ze spokojem oddał duszę Bogu. Tak umierał w wieku 36 lat jeden z największych apostołów Chrystusa i Ewangelii. Jego ciało zostało przewiezione z Arcelli do kościoła Świętej Maryi w Padwie. Pogrzeb prowadził biskup Jacopo Corrado. W Kościele Świętej Maryi zostały odprawione obrzędy pogrzebowe i trumnę zamknięto w marmurowej urnie. Tak zakończył się dzień - wtorek 17 czerwca 1231 r. Dlatego też każdy wtorek jest do naszych czasów dniem szczególnej czci oddawanej św. Antoniemu.
Święty
Nie minął nawet rok od śmierci, kiedy to trzydziestego maja 1232 roku papież Grzegorz IX kanonizował go w katedrze w Spoleto, a w 1263 roku jego ciało zostało przeniesione do nowo wybudowanej bazyliki w Padwie. Papież Pius XII ogłosił go 16 stycznia 1946 roku doktorem kościoła. W dniu 12 września 1982 roku Jan Paweł II w Padwie przy Jego grobie mówił: "Chciałbym od razu nawiązać do tego osobliwego rysu, który nieustannie przewija się w biografiach wydarzeniach świętego, a który jasno wyróżnia go w szerokiej, a zarazem nieskończonej panoramie świętości chrześcijańskiej. Antoni... w całym swoim życiu ziemskim był mężem ewangelicznym; gdyż wierzymy, że ze szczególną wylewnością spoczął na nim sam Duch Pana...".
Św. Antoni wyróżniał się franciszkańskim duchem wędrowca, wrażliwością na potrzeby braci, Kościoła i świata. Szedł tam, gdzie posyłało go zakonne posłuszeństwo i ludzie spragnieni nauki Jezusa Chrystusa. Duch sakralności słowa Bożego sprawiał, że było ono dla Niego "żyzną ziemią". W pismach i kazaniach ujawnia się duch chrystocentryzmu. Chrystus był dla niego Zbawicielem, wzorem pokory, cierpliwości, miłosierdzia i dobroci. Został ukrzyżowany z miłości do człowieka. Św. Antoni położył fundament pod znamienne cechy szkoły franciszkańskiej, którą rozwinął św. Bonawentura.
O. Krystian Olszewski OFM (Alwernia)
|